W artykule pt. „Miliardy utopione w inoaferze” („Rzeczpospolita” z 17 maja br.) opisującym korupcje w informatyzacji administracji publicznej w Polsce po 1989 roku autorzy cytują słowa prezesa jednego z globalnych koncernów, który powiedział szefowi jednej z agend rządowych, protestującemu przeciwko niekorzystnym kontraktom: „My tu byliśmy, jesteśmy i będziemy, a ciebie tu zaraz nie będzie". Słowa te dowodzą, ze prezesi firm informatycznych uważają się za właścicieli Państwa Polskiego. Spróbujmy odpowiedzieć na pytanie : dlaczego ci prezesi maja rację.
W ciągu 50 lat panowania w Polsce socjalizmu wykształcił się w naszym kraju azjatycki model relacji pomiędzy władzą a obywatelem. Model ten - w sferze informacyjnej - polegał na tym, że państwo rezerwowało sobie prawo do decyzji o gromadzeniu, przechowywaniu i udostępnianiu informacji. Natomiast obywatele i niepaństwowe podmioty gospodarcze mieli obowiązek dostarczania informacji organom państwa i co więcej obowiązek odbierania informacji emitowanych przez te organy. W modelu azjatyckim to państwo ma wyłączne prawo do informacji, a obywatel - czy prywatny przedsiębiorca - mają obowiązki informacyjne wobec państwa. Jeżeli z tych obowiązków obywatel się nie wywiązuje to państwo go karze. Ten stan prawny można śmiało nazwać niewolą informacyjną. W modelu azjatyckim na obywatelach ciąży obowiązek przekazywania i udostępniania informacji organom państwa.
Co więcej koszty realizacji tego obowiązku obciążają obywateli, to na nich spoczywa obowiązek gromadzenia i przechowywania danych i to oni ponoszą odpowiedzialność za nienależyte wywiązywanie się z tych obowiązków. Może to być odpowiedzialność finansowa, a nawet karna. Informatyzacja III Rzeczpospolitej podjęta po 1989 r. nie zerwała z modelem azjatyckim relacji między obywatelem a państwem; umożliwiła ona tworzenie ogromnych baz danych gromadzących wszelakie fakty o obywatelach i przedsiębiorstwach.
Gdy spojrzymy na całość infrastruktury informacyjnej społeczeństwa, gospodarki i państwa, możemy dostrzec, że tworzenie poszczególnych systemów informatycznych przez biurokracje w warunkach najnowszej technologii informacyjnych prowadzi nas do iście Orwellowskiego świata. W modelu azjatyckim informatyka staje się narzędziem terroryzowania obywateli i przedsiębiorców przez aparat państwa. Firmy informatyczne ochoczo biorą udział w tym procederze. Za takie systemy administracja chętnie i szczodrze płaci firmom olbrzymie pieniądze z naszych podatków. Paradoksalnie azjatycki model informatyzacji państwa umocniły i umacniają nadal interesy wielkich firm informatycznych.
Po 1989 r. wylansowane hasło liberalizmu streszczające się w sloganie „im mniej państwa tym lepiej” zostało zaaplikowane do gwałtownej i szybkiej informatyzacji administracji publicznej, która odbywała się w warunkach całkowitej wolności "gospodarczej". Sektor prywatny wywierał skutecznie presje na eliminacje funkcji nadzorczych demokratycznego państwa prawa nad jego infrastrukturą informacyjną, która - z uwagi na niekomercyjny charakter - była domeną władz publicznych. Z chwilą pojawienia się wielkiego popytu na informatyzację – czytaj automatyczne przetwarzanie informacji - tym segmentem dóbr publicznych zainteresowały się firmy informatyczne podporządkowując proces informatyzacji interesom własnym.
Teoria "liberalizmu" usprawiedliwiła i sankcjonowała faktyczną kolonizacje informacyjną państwa przez sektor prywatny. Innymi słowy dobro publiczne jakim jest informacja podporządkowano interesom prywatnym. W ten sposób, na poziomie informatycznej struktury państwa, doszło do symbiozy skrajnie patologicznego, azjatycko-sowieckiego modelu przepływu informacji w administracji publicznej z skrajnie liberalnym dogmatem firm domagających się – skutecznie – aby władze zrezygnowały z funkcji nadzorczych sprawowanych dotychczas przez nią nad infrastruktura informacyjną państwa.
III Rzeczpospolita – własność prywatnych firm
Podajmy konkretny przykład, który dowiedzie, że III Rzeczpospolita jest własnością firm prywatnych. W listopadzie 2002 w pierwszej turze wyborów samorządów, system informatyczny obsługujący wybory przestaje działać. Już w kilkanaście godzin po opublikowaniu tej informacji, w prasie ukazują się artykuły opisującego przyczyny kompletnego fiaska komputeryzacji wyborów samorządowych. Według zgodnej opinii dziennikarzy za tą katastrofę odpowiedzialna była firma Pixel, której właściciel w telefonicznej rozmowie emitowanej na antenie TV przyznał, że oprogramowanie wykonane przez jego współpracowników, zawierało błędy.
Przyznanie się do winy było niewątpliwie aktem cywilnej odwagi i świadczyło o poważnym traktowaniu tzw. etyki zawodowej, jednak deklaracja ta niezgodna była z oświadczeniem Andrzeja Florczaka, dyrektora Zespołu Informatyki Krajowego Biura Wyborczego, który tego samego dnia stwierdził : „Rzecz w tym, że nie przetestowaliśmy ich aplikacji (oprogramowania firmy Pixel – przypadek aut) w warunkach zwiększonego obciążenia. To moja wina, bo szkoda mi było wydać 300-500 tysięcy zł. Tyle musiałaby kosztować taka próba”.
Opinia publiczna poznała więc już dwóch winnych. Sami ochoczo przyznali się do braku kompetencji i złej – biorąc pod uwagę standardy Europy – pracy. Kto był winien : dyrektor Florczak czy firma Pixel ? Udzielenie odpowiedzi na to pytanie nie było specjalnie trudne, szczególnie dla informatyka. Przypomnę teraz na czym polega tworzenie programu informatycznego.
Tworzenie programu komputerowego, będącego jednym z elementów projektu informatycznego, składa się z kilku etapów.
Etap 1 – skonstruowanie algorytmu, który jest precyzyjnym opisem operacji tworzących program : algorytm pisany jest w języku macierzystym twórcy programu.
Etap 2 – zapis algorytmu na t.z.w. edytorze teksrów, w języku zrozumiałym przez komputer.
Etap 3 – kompilacja programu : polega ona na automatycznym tłumaczeniu tekstu programu na język macierzysty komputera, który składa się z ciągu 0 i 1.
Etap 4 – testowanie programu, które umożliwia wykrycie zawartych w nim błędów oraz korygowanie etapu 1 i 3. Czas trwania etapu 4 zależy od stopnia skomplikowania programu. Im ten stopień wyższy, tym etap 4 dłuższy. W przypadku programów nowych, kiedy programista musi tworzyć ręcznie dane przepuszczane przez program, etap 4 pochłania od 60 do 80 % czasu przeznaczonego na stworzenie programu.
Dlatego na całym świecie szefowie i dyrektorzy projektów informatycznych wymagają od programistów pisemnych dowodów, że dany program został dokładnie przetestowany, szczególną uwagę zwracając na jego test w warunkach realnych (nazywa to się „symulacją” i jest odpowiednikiem „zwiększonego obciążenia”), ponieważ właśnie wtedy wykrywa się najwięcej usterek i błędów. Nieprzetestowany program jest jak samochód bez silnika. Dlatego deklaracja dyrektora Florczaka była zadziwiająca : przyznał się on popełnienia błędu zawodowego – w krajach UE informatyk w takich wypadkach jest zwalniany karnie z pracy – i ogłasza publicznie, że nie zna podstaw informatyki, jej elementarza.
Wobec tego, czy to co się stało było możliwe ? Nie – nawet w Polsce – jest to absolutnie niemożliwe. Dlaczego w takim razie dyrektor Florczak, jak i dyrektor firmy Pixel przyznali się do popełnienia błędu zawodowego ? Moim zdaniem – jest to rzecz jasna hipoteza – dyrekcja informatyczna KBW z góry zakładała, że oprogramowanie nie będzie działało w pierwszej turze wyborów samorządowych. Skąd to przypuszczenie ? Bynajmniej nie chodziło tu o pieniądze, lecz o czas.
Z artykułów opublikowanych w prasie wynikało, że KBW miało 60 dni na wykonanie całości oprogramowania. Wiemy, że testowanie programów pochłania najwięcej czasu, wiemy także iż w trakcie realizacji etapu 4 (patrz wyżej) wykrywa się błędy oprogramowania. Rezygnując z dokładnego przeprowadzenia testu, musiano zakładać, że oprogramowanie nie będzie działało. Innymi słowy pierwszą turę wyborów samorządowych potraktowano jako testowanie programu. Wybory służyły – powtórzmy to jeszcze raz do sprawdzenia czy oprogramowanie działa a także do wykrycia w nim błędów. Błędy podczas pierwszej tury wyborów samorządowych wykryto i następnie poprawiono. Oprogramowanie 10 listopada 2002 r. podczas drugiej tury wyborów samorządowych działało sprawnie.
Tajne i poufne
To co jest najdziwniejsze – a jednocześnie stanowi normę – w realizacjach wielkich projektów informatycznych w III Rzeczpospolitej to sfera poufności , tajności i tajemnic państwowych, których ujawnienie groziłoby najprawdopodobniej jakąś katastrofa państwową, a które w gruncie rzeczy bronią najczęściej urzędniczej nieudolności i niekompetencji. Aneks do umowy - o informatyzacji ZUS - z PROKOMEM jest tajny, w innym dokumencie a raczej wspomnieniach spisanych przez jednego z dyrektorów wielkiego projektu realizowanego na przełomie lat 80-tych i 90-tych wieku XX, czytamy :
„Niniejszy raport odwołuje się do wielu oficjalnych pism. Niektóre z nich są poufne, zatem cały raport należy traktować jako poufny”. Czy cytując to zdanie popełniłem przestępstwo ? Raport dyrektora bynajmniej nie jest poufny, nie może być bo nie jest raportem tylko wspomnieniem byłego dyrektora, jednak we wspomnieniach zacytowane są pisma najprawdopodobniej podstemplowane i opieczętowane groźnym napisem „poufne”. W ten sposób ktoś kto chce opisać wiernie proces informatyzacji w Polsce naraża się – cytując ten raport – na popełnienie przestępstwa. Perspektywa niewesoła i aż chce się na klawiaturze komputera wystukać zdanie, że kto opisuje rzetelnie proces informatyzacji III Rzeczpospolitej ten staje się prawie automatycznie przestępcą.
A któż chciałby nim zostać?
Piotr Piętak redaktor portalu mediologia.pl Zapraszam na Darmowy Kurs Linux
Jakoś nie widzę by Pana prześladowano. Niestety nie opisuje pan spraw informatyzacji rzetelnie. Części opisowe są niemal prawdziwe - do momentu gdy nie zajmuje się pan meritum :).